Ostatnimi czasy, gdy jeszcze trochę mało zaangażowana, nie zasypywałam Patryka wystarczającą ilością miłych słów i komplementów, ten zwrócił mi uwagę, że czasami miło jest usłyszeć od drugiej osoby coś pozytywnego, bo poprawia to humor i sprawia, że człowiek sam jest o wiele bardziej pozytywny.
Przez ostatni tydzień, może dwa, jest mi strasznie źle i dziś się zorientowałam, że tak, fajnie jest czasem usłyszeć coś miłego. I że fajnie jest usłyszeć czasem coś miłego od swojego rodzica. Że wysłuchiwanie ciągłych uwag i chamskich komentarzy nastraja tak negatywnie, że nie umiem już się nawet pozbierać. Że ciągłe ataki sprawiają, że sama jestem nieustannie nastawiona na atak i przenoszę to już na moje relacje ze znajomymi, a zwłaszcza na Patryka. Moje nieustanne najeżenie i odbieranie wszystkiego jako przytyku sprawia, że staję się nieprzyjemna dla innych, że rozmowa ze mną staje się nieswoja i ranię moich bliskich, którzy zupełnie nie mają nic z tym wspólnego ani nie ma w tym ich winy. Nie wiem tylko, jak sobie z tym poradzić, bo nie mogę stąd wyjść - bo im więcej mnie nie ma, tym więcej negatywów dostaję - ale nie mogę też tu być - bo nastraja mnie to fatalnie, staję się nieznośna, a i nie przynosi to też nic dobrego ani nie poprawia sytuacji, bo nieważne, ile robię, i tak robię za mało, źle i na pewno wcale tego nie robię, tak tylko mówię.
Moją frustrację dodatkowo podsyca fakt, że nie dostaję okresu od tygodnia, choć nawet nie wiem, czy od tygodnia, bo nie prowadzę kalendarzyka, bo ciągle odkładam to na bok. I boję się, że mogę go nie dostać. I boję się, że zaszłam w ciążę. I boję się, że będą z tego problemy i to mnie jeszcze bardziej rozproszy i zapadnę się w sobie jeszcze bardziej.
Co będzie, jeśli zapadnę się w sobie tak, że się z siebie już nie wydostanę? Co wtedy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz